Kuchenne ewolucje

Refleksje

  • poniedziałek, 18 czerwca 2012
    • Kilka słów o tym, jak gotuję i co lubię najbardziej

      Być może nie bardzo to po mnie widać, ale staram się gotować zdrowo i dietetycznie. Kupuję składniki niskokaloryczne, dobrej jakości, staram się wybierać ekologiczne produkty, a przy tym jednocześnie nie wydawać za dużo pieniędzy, zachowując zdrowy rozsądek.

      Czasami zdarza mi się napić pepsi, zamówić pizzę czy zjeść czipsy, ale są to sytuacje "wyjątkowe", jak impreza czy czas relaksu i oddechu od gotowania i zastanawiania się nad tym, co przyrządzić.

      Najczęściej przyrządzam dania z piersi kurczaka, z dużą ilością warzyw, duszone na niewielkiej ilości oliwy lub ewentualnie oleju, ograniczając jednocześnie spożycie soli i cukru. Mięso na ogół dostajemy od Rodziców, więc przy tym też trochę oszczędzamy.

      Podstawą takiego dania jest cebulka i czosnek podsmażone na oliwie (czasami z dodatkiem odrobiny masła), następnie pierś z kurczaka pokrojona w kostkę, a potem trochę warzyw, zależnie od nastroju. Czasami dodaję też sos pomidorowy (częściej z pomidorów z puszki, niż z koncentratu).

      Nigdy nie zagęszczam sosów mąką, chyba, że robię beszamel lub inny klasyczny sos, który wymaga użycia mąki. Zdecydowanie wolę odparowywanie wody, jako zagęszczenie sosu. Można też do tego użyć jakiejś sproszkowanej przyprawy, jak papryka słodka lub ostra.

      Używam soli morskiej i pieprzu w kulkach, na świeżo mielonego w młynku. Moimi ulubionymi ziołami są oregano, świeża bazylia, lubczyk, natka pietruszki i koperek. Jeśli używam gotowej mieszanki przypraw, to wybieram taką, która nie zawiera w sobie glutaminianu sodu i tym podobnych, a jeśli ma w sobie sól, to nie dodaję więcej soli do potrawy.

      Przyprawiać dania lubię też miodem, cytryną, sosem sojowym, ostatnio odkrytym sosem worcestershire (o jego istnieniu wiem od dawna, ale dopiero teraz go wypróbowuję - rewelacja). Gdzie tylko mogę, zastępuję śmietanę jogurtem naturalnym (zawsze czytam etykiety produktów, więc jogurt wybieram bez cukru ani słodzików). Czasami dodaję coś bardziej "egzotycznego", jak pesto, pasta curry, mleczko kokosowe. W naszych zapasach najczęściej jest też jakiś sos chili.

      Nie przepadam za ryżem (choć czasem jem dla odmiany), ale kocham wszelki makaron. Uwielbiam makaron pszenny, ale równie często jem pełnoziarnisty, a czasem kupuję ryżowy, sojowy, sobę.

      Uwielbiam ryby, ale niestety są one u nas dość drogie i, jeśli akurat mam w zapasach kurczaka albo muszę ograniczać wydatki, to jej nie kupuję. Na domiar złego, w najbliższym sklepie na ogół dostępne są panga i mintaj, a mam z nimi złe skojarzenia (panga ponoć żyje w zanieczyszczonych wodach, a mintaj zawsze mi się rozpada). Korzystam czasem z puszkowanego tuńczyka czy szprotów, oboje uwielbiamy też śledzie (ja raczej solonego, Wojtek - marynowanego w occie) i ryby wędzone - makrela, łosoś, czasem szproty lub coś innego, co jest akurat w dość niskiej cenie. Pieczony łosoś to coś, co mogłabym jeść codziennie, za każdym razem zamykając oczy z zachwytu (nawet, jeśli to łosoś norweski, a nie bałtycki), ale niestety wychodzi dość drogo.

      Jeśli akurat robię coś, do czego nie dodaję warzyw, to zawsze mam jakąś surówkę lub sałatę, często kilka rodzajów do wyboru. Mieszanka sałat, oliwa, pomidor i posiekana czerwona cebulka to ideał. Jest wyborna także na śniadania, z dodatkiem kawałków tuńczyka lub jajkiem w różnych formach (sadzone, na twardo, na miękko, w koszulce). Wzbogacam ją o pestki lub orzechy, inne świeże warzywa, kiełki, czasem zamieniam oliwę na olej z pestek winogron.

      Mój ulubiony rodzaj kuchni, to kuchnia włoska (i nie różnię się tu od większości Polaków). Nie wyobrażam sobie zrezygnować z czosnku, pomidorów, ziół, makaronu, oliwy. Wprawdzie na ogół nie gotuję ściśle według zasad jakiejkolwiek kuchni ani jakichkolwiek przepisów w ogóle (chyba, że robię coś konkretnego po raz pierwszy i chcę, żeby było jak najbardziej zgodne z oryginałem), to jednak czuję, że ta kuchnia jest mi bardzo bliska.

      Jednocześnie pojawiają się u nas smaki dalekowschodnie - czasem zamawiamy sushi (sama jeszcze nie robiłam), lubimy orientalne przyprawy, jak kumin czy curry, sos chili, imbir, limonkę, kolendrę.

      Czasem robimy też coś na wzór meksykański lub z kuchni tex-mex, jak tortille lub chili con carne.

      Przeważają u nas smaki ziołowe i lekkie, w stylu francuskim i włoskim, a także intensywne i ostre, na wzór blisko- i dalekowschodni oraz meksykański (czy może raczej południowoamerykański?).

      Lubię potrawy mączne, ale wolę ich unikać, ponieważ są dość ciężkostrawne. Jeśli robię pizzę, calzone, naleśniki, placki, to dodaję więcej mąki pełnoziarnistej bądź razowej, żeby było w potrawie więcej błonnika, wspomagającego trawienie.

      Jeśli miałabym z czegoś zrezygnować, to w pierwszej kolejności byłoby to mięso. Nie wyobrażam sobie rezygnacji z warzyw i owoców, uwielbiam też nabiał i ryby. Zioła, oliwa i dobrej jakości przyprawy to podstawa moich kuchennych smaków.

      Chciałabym też piec chleb i bułki, ale niestety moje dotychczasowe eksperymenty były nieudane. Największy wpływ ma na to moja kuchenna niecierpliwość, ale część winy zrzucam na piekarnik. Kto upiekł dobre pieczywo w piekarniku gazowym, niech da mi znać i wrzuci parę porad :-)


      To chyba byłoby na tyle w tym temacie... Choć możliwe, że coś jeszcze pojawi się dotyczącego się moich preferencji kulinarnych ogólnie :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      odiprofanumvulgus
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 czerwca 2012 13:32
  • piątek, 15 czerwca 2012
  • sobota, 21 kwietnia 2012
    • Owocny dzień

      17:30:53 Ewa
      co robimy jutro na obiad?
      17:32:51 Ania
      upieczemy kota
      19:09:48 Ewa
      proponuję raczej coś z makaronem
      19:10:56 Ania
      od 4 dni jem makaron, ale ok
      tylko co?
      19:11:17 Ewa
      to zależy czy z mięsem czy nie
      19:11:49 Ewa
      może ja coś kupię i Ty coś kupisz i coś wymyślimy?
      19:11:57 Ewa
      najważniejsze to mieć czosnek i makaron
      19:12:14 Ania
      bez mjensa
      19:12:36 Ania
      ja ostatnio robię tak
      19:12:49 Ania
      biorę ser żółty - trę na drobno
      19:12:54 Ania
      wciskam czosnek
      zasypuję bazylią
      19:13:05 Ania
      zalewam oliwą z oliwek
      ew. szczypta soli
      19:13:22 Ania
      takie pseudo pesto
      19:13:30 Ania
      i walę do tego gorący makaron
      19:13:39 Ewa
      spoczko
      19:13:48 Ewa
      to możemy dla odmiany dodać jeszcze jakieś warzywo
      19:13:46 Ania
      można to jakoś zmodyfikować
      no właśnie
      19:13:52 Ewa
      bakłażana
      oliwki
      19:14:02 Ania
      bakłażana teraz można gdzieś dostać?
      19:14:10 Ania
      oliwki - tak!
      19:14:14 Ewa
      teraz nie wiem, ale z miesiąc temu widziałam
      19:14:34 Ania
      ale tera chyba drogi
      19:15:26 Ewa
      hm, nie wiem, chyba był ok 9zł za kg, więc jeden średni bakłażan to jakieś 3-4zł
      19:16:21 Ewa
      ale można np czarne oliwki i niebieski ser dodać
      19:16:19 Ania
      u mnie najwięcej warzyw jest chyba w akademickim
      19:16:28 Ewa
      albo jakieś orzechy czy pestki
      19:16:33 Ania
      orzechy albo pestki tak!
      19:16:39 Ania
      ja nie chcę niebieskiego sera raczej
      19:16:49 Ewa
      oczko
      19:17:58 Ewa
      to proponuję pestki dyni, orzechy włoskie albo migdały, najlepsze byłyby piniowe, ale one są drogie i raczej trudno dostępne
      19:18:05 Ewa
      a bazylia świeża czy suszona?
      19:22:31 Ania
      ja używam suszonej
      19:22:37 Ania
      nie posiadam świeżej bazylii
      19:22:43 Ewa
      mogłyby też pasować suszone pomidory
      19:23:31 Ania
      jadłam w sałatce takie suszone z zalewy - były przepyszne
      19:24:05 Ewa
      a co do drobno startego sera i czosnku, to kiedyś widziałam przepis na pastę jajeczną - posiekane jajka, drobno starty ser, wyciśnięty czosnek i chyba majonez
      19:24:28 Ewa
      no dobra, to czarne oliwki, suszone pomidory i jakieś orzechy?
      19:24:30 Ania
      włoskie!

      Tak oto we czwartek wieczorem klarował się powoli plan na piątek.
      Wpierw poszłyśmy na Targi Książki (pozostawię to bez komentarza), potem zrobiłyśmy zakupy i poszłyśmy do Ani.
      Kotu się upiekło i go nie upiekłyśmy.
      Zrobiłyśmy za to (a w zasadzie to Ania zrobiła, według wspólnego pomysłu :) ) przepyszny makaron.



      Ugotowane pełnoziarniste spaghetti zostało wymieszane z drobno startym serem żółtym, połączonym z oliwą, suszoną bazylią i potłuczonymi orzechami włoskimi, a następnie posypane pokrojonymi suszonymi ponoć w słońcu pomidorami oraz czarnymi oliwkami.



      W połowie jedzenia przypomniałyśmy sobie o czosnku :-) wcisnęłyśmy sobie więc po ząbku już na talerze - koniecznie pamiętajcie o dodaniu czosnku do mieszanki serowej!!

      Powinien tu się też znaleźć świeżo mielony pieprz, a suszoną bazylię można zastąpić jakimkolwiek innym ulubionym ziołem (jak będę robić nam, to dodam moje najulubieńsze oregano ;) ), mogą być też świeże. My mieszałyśmy ugotowany makaron z serem na talerzach, ale można też do garnka, w którym makaron się gotował, z odrobiną wody z gotowania tego makaronu, dorzucić serową mieszankę - wtedy zrobi się coś w rodzaju sosu.

      Tak czy siak - po raz kolejny wygrywają improwizacja i prostota w przygotowaniu posiłku ;)



      Do makaronu był żurawinowy magnus :)

      Po obiedzie trochę pogadałyśmy ogólnie o życiu ;), a następnie nagrałyśmy pseudo-wywiad: Ania zadawała mi pytania odnośnie mojego zainteresowania kulinariami i prowadzenia bloga. Wywiad był pseudo, bo choć spełniał wymogi gatunku, to był jedynie pracą domową na jeden z uczelnianych przedmiotów Ani. Chyba wyszło dobrze ;)

      A po wywiadzie, kiedy zastanawiałyśmy się, co zrobić ze swoim życiem, rozmarzyłyśmy się odnośnie prowadzenia jakiegoś fajnego miejsca, klubokawiarni, z różnymi, oprócz dobrego jedzenia, atrakcjami. czas pokaże, co z tego wyjdzie, na razie mamy mnóstwo chęci i pomysłów. Najgorsze byłoby ogarnięcie tego od strony "technicznej", ale przecież nie ma rzeczy niemożliwych ;)

      Tymczasem - nastała słoneczna, ciepła sobota i powoli czas się zastanowić, co przygotować na obiad ;)

      Miłego dnia wszystkim życzę,
      Ewa

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      odiprofanumvulgus
      Czas publikacji:
      sobota, 21 kwietnia 2012 11:06
  • piątek, 24 lutego 2012
    • Mały fragment mojej pracy licencjackiej :-)

      Kulinaria to jedna z podstawowych dziedzin naszego życia. Oprócz najważniejszej, biologicznej roli dostarczania składników odżywczych do naszych organizmów, pełni też role społeczne i kulturowe. Wspólne biesiadowanie przy niekoniecznie suto zastawionym stole, celebracja posiłków i towarzyszące jej rozmowy, zacieśniają więzi społeczne i poprawiają komunikację międzyludzką. Kontakty z kuchniami innych narodów pomagają w przybliżaniu ich kultur, a być może także w lepszym ich zrozumieniu – na zrozumienie danej kultury najlepiej wpływa wniknięcie w jej części, próbowanie smaków, zapoznawanie się z tradycją czy sztuką.

                      Oprócz tych bardzo ważnych, lecz jakby dodatkowych funkcji, kuchnia jest po prostu przyjemnością. Jedząc smacznie i zdrowo jesteśmy szczęśliwsi, co wpływa pozytywnie na kontakty z innymi ludźmi. Dostarczając do organizmu ważne składniki, a przy tym pobudzając kubki smakowe i dostarczając przyjemności dla mózgu, czujemy się przyjemniej i ośmielę się stwierdzić, że czujemy się także spełnieni w sposób psychiczny. Dobry posiłek może być sposobem na relaks i odprężenie po stresującym dniu pracy czy nauki, a także dostarczeniem sił do dalszej pracy.

                      Kulinaria interesują mnie po pierwsze od tej podstawowej strony – lubię spędzać czas w kuchni, gotując smaczne obiady, eksperymentując i niekiedy śmiejąc się ze swoich porażek. Oprócz tego interesuję się kuchnią od strony kulturoznawczej. Fascynuje mnie przenikanie kultur poprzez kuchnię, przez wymianę towarów spożywczych, kontakty handlowe. Wiele potraw czy samych składników, takich jak kawa, herbata, czy ziemniaki mają swoje ciekawe historie, które poznając, poznajemy także kawałek danej kultury.



      ps. chyba muszę częściej tu pisać i przy okazji więcej się dowiedzieć o formatowaniu pisanych notek w bloxie, bo szlag mnie trafia, że tekst nie wygląda tak, jak bym chciała ;P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      odiprofanumvulgus
      Czas publikacji:
      piątek, 24 lutego 2012 20:26
  • środa, 22 lutego 2012
    • Kuchenne rewolucje

      Wpierw były Kuchenne koszmary Gordona Ramsaya. Oglądałam je tylko będąc w domu rodzinnym - bo u siebie nie mamy zbyt wielkiego wyboru kanałów telewizyjnych - czyli dość rzadko, zwłaszcza, odkąd BBC rozwiązało umowę z Cyfrowym Polsatem (a jeśli dobrze pamiętam, to właśnie na BBC Lifestyle było sporo programów Gordona).

      Kitchen's Nightmares, z których większość widziałam w wersji brytyjskiej, a niewielką ilość w tej amerykańskiej, były typowym reality show, pełnym emocji, potęgowanych jeszcze przez dramatyczne operowanie kamerą, światłem, łzami uczestników i przekleństwami Ramsaya.

      Kuchenne rewolucje Magdy Gessler to kolejny polski telewizyjny program-kalka, kopiujący format z tego wielkiego Zachodu. Czy to skopiowanie jest udane, czy nie, nie mnie oceniać - za mało widziałam odcinków oryginalnych. Prawie wszystkie za to obejrzałam odcinki produkcji tefałenowskiej i mogę powiedzieć na jej temat kilka rzeczy - z zastrzeżeniem, że jest to moja własna ocena.

      Jak w chyba każdym przypadku kalkowania programów, tak i tutaj da się zauważyć - co w sumie jest niezbędne kulturowo - wprowadzenie pewnych zmian, aby program był bardziej dostępny dla widza polskiego. Nie potrafię tego dokładniej wyjaśnić w tej chwili, ale ogólnie rzecz biorąc chodzi o kontekst kulturowy, o realia, w jakich osadzeni jesteśmy my - a w jakich Amerykanie czy Brytyjczycy - co odróżnia te trzy wersje programu. W sumie, jest to sprawa dość oczywista.

      O wiele bardziej także swojsko brzmią dla nas nazwy potraw - kotlet schabowy, golonka, modro kapusta, rosół i tak dalej. Trudniej u nas o przegrzebki czy pierś kaczki. Sądzę po prostu, że lokale serwujące w naszym kraju dania z tych składników, raczej nie potrzebują pomocy z zewnątrz, gdyż samo to, że je serwują, stawia je (lokale) na wysokim miejscu. Mniejsza o to, czy małże świętego Jakuba są faktycznie świeże i przyrządzone w odpowiedni sposób - kto by się o to martwił, ważniejszy jest prestiż, jaki możemy zyskać opowiadając znajomym o naszej ostatniej wizycie w restauracji w Zakopanem, serwującej smakołyki z odległego czystego morza (wszystko jedno którego).

      Sprawę integracji pracowników lokali gastronomicznych, które Autorzy programów rewolucjonizują, pozostawię bez komentarza - bo tu także nie mam porównania. Mogłabym wpierw przypomnieć sobie Kuchenne koszmary, oglądając fragmenty programu, np. na youtube, ale też nie do końca o porównanie obu tych wersji (a co za tym idzie - prowadzących) mi chodzi.

      Łapanie owiec, przeciąganie się na łyżwach przy pomocy pora, zrywanie jabłek z drzew czy opowiadanie przed kamerą o swoich odczuciach wobec sytuacji w miejscu pracy - wszystko to, jakkolwiek sielsko czy żałośnie nie brzmi, może być wykorzystane nawet przez najlepszych speców od PR, HR i wszelkich menedżerów, konsultantów, osób, które potrafią zadbać zarówno o wizerunek firmy na zewnątrz, jak i sytuację wewnątrz niej.

      Nie sądzę, aby pani Gessler na wszystkie te pomysły poprawy sytuacji w restauracjach biorących udział w "jej" programach wpadała sama, ale wierzę w to, że jest dobrym szefem, menedżerem (zarządcą? gdzie się podziały polskie słowa?), bo przecież samym posiadaniem dużych funduszy nie doszłaby do tego, co osiągnęła.

      Jedną z ciekawszych spraw - i myślę, że skoro zauważyłam to jako telewidz, to nie zdradzam tu żadnych realizatorskich tajemnic tvn-u - jest ukazywanie przemiany pokazywanego programu przed i po rewolucji. Może wyda się to Wam banałem, a może jednak nie każdy to spostrzegł: otóż mam na myśli to, że restauracja przed zmianą pokazywana jest w świetle dziennym, naturalnym, kiedy jest jasno na zewnątrz i, oczywiście, taka, jaką została zastana przez twórców na początku danego epizodu.

      Po rewolucji - zdjęcia robione są wieczorem, a na pewno przy świetle sztucznym, które można dowolnie kształtować i kreować (oświetleniem górnym, bocznym, dolnym, lampek, świec, zasłoniętymi oknami), z widocznymi zmianami wystroju.

      Pierwsza wersja jest dość chłodna, druga natomiast wyraźnie ciepła. Nawet, jeśli rewolucja nie jest udana, to i tak widzowie udadzą się do danego lokalu, poza tym, że z ciekawości, to też dlatego, że jednak ukazana zmiana została pokazana w korzystnym świetle (dosłownie, w przenośni, specjalnie, przypadkiem...).

      Ponoć - przynajmniej niektóre - programy Magdy Gessler są ustawiane. Cóż, takie są wymogi telewizji, oczekiwania telewidzów. Odrzuciwszy jednak całą tę medialną otoczkę, można się czegoś dowiedzieć o zarządzaniu restauracją, byciu dobrym kucharzem, prowadzeniu dochodowego biznesu. I nawet, jeśli dla wielu porady M.G. wydadzą się banałem, to - jak pokazuje to telewizja - dla innych mogą być panaceum na wszelakie dolegliwości.

      Program Magdy Gessler będę oglądać, pomimo wszelkich zarzutów, jakie stawiają im (pani Gessler oraz programowi) krytycy, zazdrosne o sukces media, inni restauratorzy czy po prostu pełni poczucia niesprawiedliwości (wobec czego, tak w zasadzie?) odbiorcy.

      Będę oglądać Kuchenne rewolucje przede wszystkim dla niewyjaśnionej dotąd mojej sympatii wobec Gospodyni programu - wyjątkowo pomijam tu całą medialność, tefałenowskość, wszelkie odhumanizowane treści i inne zarzuty.

      Będę oglądać też dlatego, że nie mam wielkiego wyboru programów kulinarnych w naszym "pakiecie" telewizyjnym.


      ps. Dużo mogę pisać jeszcze o takich programach (które znam), o telewizji, trochę pewnie i o innych sprawach z pogranicza jedzenia i kultury - ale może to innym razem?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Kuchenne rewolucje”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      odiprofanumvulgus
      Czas publikacji:
      środa, 22 lutego 2012 19:54
  • niedziela, 22 stycznia 2012
    • Przeklęty glutaminian sodu

      Nieszczęsny glutaminian sodu, wzmacniacz smaku, dodawany do wielu przypraw, wędlin, dań instant - znienawidzony, wyzwany od rakotwórców, dusicieli (rzekomo powodując napady astmy) czy sprawców otyłości.

      Jak to jest z nim naprawdę? Przez ostatnie lata, kiedy bardziej świadomie dokonuję zakupów przede wszystkim produktów spożywczych, starałam się unikać tych zawierających w sobie glutaminian sodu (oznaczany na opakowaniach jako E621). Czy jednak słusznie?

      Glutaminian sodu występuje naturalnie w moich ulubionych produktach - w pomidorach, serach, rybach, sosie sojowym, warzywach, produktach zbożowych. Także w mięsie, sosach rybnych czy mleku (w mleku kobiet jest go kilkakrotnie więcej, niż w mleku krowim). Nasz organizm potrzebuje go, m.in., jako neuroprzekaźnika, podczas procesów metabolicznych, do lepszej pracy jelit. Co ciekawe, jest także wytwarzany w organizmie, jeśli dostarczymy go mu za mało.

      Glutaminian sodu występuje w formie związanej lub wolnej. Obecnie jest najczęściej wytwarzany w trakcie fermentacji bakteryjnej, na pożywce z cukru lub melasy, następnie wytworzony i wydzielony przez bakterie kwas glutaminowy jest filtrowany, oczyszczany i neutralizowany do glutaminianu sodu, który z kolei jest znów oczyszczany, krystalizowany i wysuszony do postaci białego proszku, w której to formie jest sprzedawany jako wzmacniacz smaku i chętnie wykorzystywany przez producentów żywności.

      Glutaminian sodu bywa nazywany piątym smakiem, umami, porównywanym do smaku mięsnego, grzybowego, esencjonalnego, intensywnego. Dodatek glutaminianu sodu, krótko mówiąc, wzmacnia smak potrawy, co łatwo można sprawdzić, chociażby gotując rosół na bazie naturalnych składników i porównując go z tym ugotowanym na gotowych kostkach rosołowych.

      Smak umami to ciekawa sprawa. Mianem mięsistych często określa się pomidory, a sery, szczególnie te lepsze, pleśniowe, o intensywnym aromacie i smaku, są niezastąpione zwłaszcza dla miłośników włoskich smaków (jak ja). Wielbiciele kuchni dalekowschodniej, chińskiej czy japońskiej, nie wyobrażają sobie jej smaku bez sosu sojowego czy rybnego. We wszystkich tych, wspaniałych przecież i zupełnie naturalnych, produktach, występuje glutaminian sodu. Czy zatem warto unikać go jak ognia, skoro i tak się od niego nie ucieknie?

      Moim zdaniem warto ograniczyć jego spożycie. W sposób naturalny czy nie, jest jednak odzyskiwany w odpowiednim procesie, wyodrębniany, zmienia się jego konsystencję i dopiero ten twór sprzedaje jako glutaminian sodu i dodaje do różnych artykułów spożywczych. Z drugiej jednak strony, nie udokumentowano żadnych dowodów na szkodliwe działanie glutaminianu sodu (nie licząc osób na niego uczulonych, których jest jednak niewielka liczba), co więcej, w wielu przypadkach badanych ludzi pojawił się efekt placebo (objawy, zwane syndromem chińskiej restauracji, pojawiły się zarówno u tych, którzy faktycznie spożywali dania z dodatkiem E621, jak i u tych, którzy jedynie myśleli, że takie spożywają).

      Na pewno nie powinniśmy popadać w żadną skrajność. Jak w każdym przypadku i tu trzeba zachować umiar - zjedzenie gotowego dania z polepszaczami smaku raz na parę tygodni czy miesięcy nie powinno nam zaszkodzić, ale nie warto też przymykać oczu na to, co jest wymienione w składzie na opakowaniu. Zdrowy rozsądek przede wszystkim :)


      http://www.food-info.net/pl/intol/msg.htm
      http://pl.wikipedia.org/wiki/Glutaminian_sodu
      http://biznes.newsweek.pl/glutaminian-sodu-na-cenzurowanym,86653,1,1.html

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Przeklęty glutaminian sodu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      odiprofanumvulgus
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 stycznia 2012 14:02
  • wtorek, 20 września 2011
    • O technicznych sprawach słów kilka

      Na początek chcę powiedzieć o zdjęciach, które tu zamieszczam.

      Wiem, że są kiepskie. Nie mam jednak nadal aparatu, którym mogłabym je robić innego, niż ten w telefonie, więc jest jak jest. Staram się chociaż, na ile inwencja mi pomaga, żeby nie były nudne. Jak mi to wychodzi - oceńcie sami. Jeśli tylko kiedyś dorobię się w końcu aparatu - całość będzie wyglądała o wiele lepiej :) Póki co - wrzucam fotki takie, jakie mam.

      Teraz kilka słów o szablonie.

      Nie wiem, czy to ja nie umiem znaleźć fajnego kulinarnego szablonu na bloxa, czy po prostu takiego szablonu nie ma? Oczywiście mogłabym sama coś stworzyć, ale - nie umiem. A nie mam tyle zapału i cierpliwości, żeby się nauczyć obsługi photoshopa. Próbowałam Kogoś poprosić, żeby mi zrobił szablon, ale póki co projekt stanął w miejscu, z którego raczej nie będę korzystać.
      Tak więc zmieniam te szablony tak często tylko dlatego, że nie mogę znaleźć tego jedynego. Jak go znajdę, to trochę się uspokoję ;)

      No i znowu o zdjęciach...

      Wrzucam tu zdjęcia bez żadnych przeróbek, udoskonaleń i poprawek. Nawet kolaży nie wrzucam. Czasem kusi, żeby coś wycudować, ale co - mam to robić w paincie?? Toż to wyjdzie skandaliczne szkaradztwo! Lepiej już zostawić zdjęcia w oryginale - oddające rzeczywisty wygląd potrawy.
      A jeśli już na jakimś zdjęciu nieco podrasuję kolory, to będzie to dobrze widoczne, jak w przypadku tej cukinii:



      Aha, no i mam nadzieję, że wiecie, że kliknięcie w zdjęcie powiększa je?...

      Pozdrawiam wszystkich, którzy tu czasem zaglądają :)
      Ewa

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      odiprofanumvulgus
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 września 2011 14:30

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Durszlak.pl